Alpine A110 2018

Duma koncernu

A110 sprzed lat 40-50 (bo było produkowane ponad 10 lat) było absolutną rzadkością na drogach, za to z punktu widzenia innych niż Alpine producentów aut wyczynowych – obrzydliwie częstym widokiem na najwyższym stopniu podiów rajdowych na całym świecie. Imponowało fenomenalną lekkością, obłędną trakcją, szokującymi osiągami… No, generalnie, było pierwszym w skali globalnej autem z silnikiem z tyłu i za tylną osią (identycznie jak w Porsche 911!), które brało udział w najważniejszych imprezach rajdowych świata i wygrywało seryjnie, nie dając szans rywalom. Poza Mini Cooperem przedtem, a potem Audi quattro S1 i Lanciami Stratos czy Delta Integrale nigdy nie było mowy o aż tak straszliwie miażdżących zwycięstwach. Niestety, po modelu A110 Alpine nigdy nie wróciło do czołówki, a potem przeszło na własność Renault i „wygaszone”.

Alpine należy w całości do Renault, a tenże gigantyczny koncern postanowił ożywić i markę Alpine, i jej sztandarowy produkt. Spodziewałem się kolejnego prototypu, który się zatrzyma na tym prototypowym etapie – jak u Włochów, którzy ze swych wszystkich cudownych konceptów retro zatrzymali się na jednym-jedynym Fiacie 500, który jednakowoż w dokumentacji homologacyjnej nazywa się „Fiat Panda”… Więc spodziewałem się, że w najlepszym razie dostaniemy do obejrzenia coś w stylu Megane z nadwoziem stylizowanym na lata 1960.

Aż tu wtem! – jak co drugą stronę czytaliśmy kiedyś w „Przygodach Tytusa, Romka i A’tomka” – na salonie genewskim pojawiło się coś jakby sama bogini piękności zstąpiła na Ziemię… Obłędnie piękny samochód okazał się całkowicie odrębnym modelem, na własnej płycie, z własnymi rozwiązaniami technicznymi i technologicznymi, z silnikiem znów nad tylną osią (teraz już poprzecznym) i w totalnie odrębnej stylistyce i wykończeniu. Z Renault pochodzi tu tylko silnik (ten sam, co w Megane RS, więc również daleki od seryjnego produktu Renault) i kilka przełączników oraz panel klimatyzacji.

Czyli – zupełnie jak 50 lat temu…

Linia, styl, charakter, osobowość – wszystko niczym 50 lat temu.

Ale pozostaje najważniejsze: czy jeździ jak 50 lat temu?

Lepiej! Miałem możliwość pojeździć nowym wcieleniem A110 i jestem zauroczony. Co prawda póki nie pojawi się obiecana za dwa miesiące wersja Legende, w której fotele można naprawdę regulować (w tym kąt odchylenia oparcia, bo w seryjnych dziś „kubłach” kierowca ma pozycję półleżącą, czego nie znoszę), będę twierdzić, że ergonomii sporo brakuje, ale z ręką na sercu mogę powiedzieć, że jest to jeden z najlepszych, najbardziej dopracowanych lekkich, małych samochodów sportowych na świecie – i to w skali co najmniej 10 ostatnich lat. Fantastyczny silnik, rewelacyjna dwusprzęgłowa skrzynia automatyczna (niestety, manual nie jest możliwy, a szkoda wielka!), znakomite prowadzenie, wyśmienity układ kierowniczy… Po prostu jak francuskie Porsche Cayman, tyle że lżejsze o 350 kg. Albo francuska Alfa Romeo 4C, tylko z zawieszeniem nadającym się do użytku na co dzień i zwinnością umożliwiającą manewrowanie nawet na włoskiej starówce…

Bez wątpienia jeździ lepiej i szybciej od tego sprzed 50 lat. Ale przejechałem się kawałek tą historyczną (na zdjęciach poniżej, porządna przejażdżka do Evergreena w ciągu miesiąca) i… I nie potrafię o niej przestać myśleć. O tej nowoczesnej na pewno nie zapomnę, ale to zaledwie entuzjastyczne wspomnienia, natomiast każda myśl o tej starej jest niczym uderzenie w splot słoneczny. Czuję się tak, jak musiał się czuć Prosiaczek, kiedy zobaczył niebieskie szeleczki Krzysia i potem nie mógł spać…

cennik #1

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.